Home Bez kategorii Nasza niepodległość zdrowotna – rozmowy

Nasza niepodległość zdrowotna – rozmowy

Przy okazji 11 listopada 2022 chciałbym podzielić się z Państwem kilkoma spostrzeżeniami na temat zdrowia właśnie w kontekście i niepodległości państwa jako takiego i powiedzmy osobistej, zdrowotnej niepodległości.

W rozważaniach makroekonomicznych podnosi się kwestię kapitału ludzkiego i jego wpływu na gospodarkę, zarówno w kontekście utraty wartości produktu krajowego brutto oraz tego jak to oceniać. Oczywiście liczba absencji chorobowych, świadczeń rentowych to obciążenia dla gospodarki w kontekście utraconego produktu krajowego brutto. Tym bardziej, że o ile mnie pamięć nie myli jeszcze kilka lat temu średnio mogliśmy się pochwalić o 20% większym współczynnikiem absencji chorobowych niż tzw. średnia europejska. Z czego to wynikało, z jakiego ukształtowania rynku pracy i relacji pracodawca-pracownik? Nie chcę w tym miejscu się zastanawiać zostawiając to Czytelnikom.

Dziś chciałbym podzielić się z Państwem krótki dialogiem, dla którego punktem wyjścia stała się sytuacja jednego z moich pacjentów, który zgodził się aby przytoczyć część jego historii, oczywiście bez ujawniania personaliów.

Pacjent lat 46, z wieloletnim nadciśnieniem tętniczym, palacz papierosów, z niewielką nadwagą, nieprzestrzegający zaleceń lekarskich jeśli chodzi o farmakoterapię. W zasadzie leczy się „od czasu do czasu”, gdy czuje się źle. Nadciśnienie zdiagnozowano około 8 lat wcześniej. Przeprowadzono wówczas diagnostykę różnicową wykluczając tzw. wtórne nadciśnienie i zlecono leczenie farmakologiczne. Tym bardziej ważne, że pacjent ma rodzinny wywiad w kierunku wczesnej manifestacji nadciśnienia tętniczego. Obok farmakoterapii zlecono zmianę stylu życia (wówczas stwierdzono niewielką nadwagę) oraz zaprzestanie palenia tytoniu i regularną aktywność fizyczną.

Oczywiście wszystko poszło nie tak – farmakoterapia trwała kilka miesięcy, palenia nie udało się rzucić, nie mówiąc już o regularnej aktywności fizycznej czy pilnowaniu diety. Oczywiście w tzw. międzyczasie nie było mowy o wykonaniu kontrolnych badań biochemicznych czy sprawdzaniu wartości ciśnienia tętniczego, a zmęczenie związane z obowiązkami rodzinnymi, zawodowymi, czy przewlekły stres były wystarczającymi usprawiedliwieniami dla pojawiających się od czasu do czasu duszności, dolegliwości bólowych w klatce piersiowej czy kołatań serca (które oczywiście nie skłaniały naszego pacjenta do kontroli lekarskiej, zmierzenia ciśnienia tętniczego czy zaprzestania palenia). Po prostu była praca i rodzina do utrzymania.


Kiedy zobaczyłem pierwszy raz pacjenta był cały spocony, od kilku dni odczuwał duszności przy niewielkim wysiłku, był przestraszony, a ciśnienie tętnicze wynosiło 230/135mmHg (i to po kilkuminutowym spoczynku w gabinecie). Został przyjęty do szpitala, włączono leczenie, natomiast w badaniach dodatkowych stwierdzono m.in. istotne obniżenie funkcji skurczowej mięśnia sercowego – czyli niewydolność serca z frakcją wyrzutową 30%. Ostatecznie po badaniach wykluczyliśmy miażdżycę naczyń wieńcowych, proces zapalny mięśnia sercowego i inne kardiomiopatie – najpewniej doszło po prostu do pogorszenia funkcji lewej komory serca z powodu przewlekle wysokiego ciśnienia tętniczego. Wiele czasu rozmawialiśmy i o chorobie, i o perspektywach leczenia, i rokowaniu, i paleniu itd. Oczywiście zapewnieniom o współpracy nie było końca. Ale pewnego dnia, wątpiąc mimo wszystko w deklaracje, usiadłem i zaczęliśmy rozmowę w trochę inny sposób.

  • L(ekarz): Chciałem zapytać ile ma Pan dzieci.
  • P(acjent): trójkę.
  • L: a w jakim wieku?
  • P: najstarsza córka ma 17 lat, później syn 16 i najmłodsza córa 13 lat.
  • L: Dobrze. Pana dzieci jak się domyślam wiedzą, że jest Pan w szpitalu, prawda?
  • P: Tak. Wiedzą od samego początku.
  • L: No i jak się z tym czują, boją się o Pana?
  • P: No wie pan, najmłodsza się najbardziej przestraszyła i nie mogła spać pierwszej nocy.
  • L: A jak się teraz czuje ta najmłodsza, już jest lepiej?
  • P: Tak, żona mówiła, że jest trochę lepiej, ale się martwi o tatę. Wie pan, najmłodsze dziecko.
  • L: Dobrze, a jak pan myśli, jak długo będą Pana dzieci Pana potrzebować?
  • P: To znaczy?
  • L: To znaczy jak długo będą potrzebowały ojca, do którego można przyjść, o coś zapytać, o coś się poradzić itd.
  • P: (popatrzył tylko na mnie wiedząc już do czego zmierzam).
  • L: Wie Pan; dzieci będą Pana potrzebowały jeszcze całe late, także i po tym jak powychodzą za mąż. Potrzebujemy rodziców w naszym życiu i potrzebujemy komfortu tego, że wszystko u nich jest w porządku. Zróbmy sobie teraz takie ćwiczenie – niech Pan sobie wyobrazi, że nie miał Pan tyle szczęścia teraz tylko doszło do udaru mózgu i jest Pan sparaliżowany częściowo. Nie może Pan się samodzielnie poruszać, jest Pan zależny od innych, nie ma mowy o powrocie do pracy. Co by czuły teraz Pana dzieci, jak by sobie poradziła Pana żona?? Niech mi Pan nie odpowiada, proszę się tylko zastanowić. Albo co by było, gdyby dostał Pan zawału serca i okazałoby się, że mimo leczenia Pana serce nie wróci do poprzedniej kondycji. Jak Pan widziałby Pan siebie w swojej pracy, jak by pan zarabiał na życie, żeby utrzymać ten poziom życia i pomóc dzieciom.

No i poruszyliśmy jeszcze kilka wątków, „pogadaliśmy sobie”, postraszyłem pacjenta (tzw. motywacja negatywna) i pokazałem instrumenty do poradzenia sobie z tą sytuacją i pokazałem drogę dojścia do sukcesu. Czy mu się uda? Mam nadzieję, że tak. Najbardziej chyba przemówiła mu do wyobraźni perspektywa utraty zarobków; nie tyle niepełnosprawności, ile właśnie utraty dochodów.


Z naszym zdrowiem jest niestety jak z niepodległością. Szanujemy i dbamy z reguły jak już jest za późno. Zapominamy, że o zdrowie i niepodległość trzeba dbać nawet wtedy gdy się dobrze; nawet wtedy trzeba być gotowym na pewne poświęcenia, aby ją utrzymać. Co więcej, i zdrowie i niepodległość to „konkurencje” długodystansowe – tutaj rzadko kiedy widać szybko efekty naszej pracy. Często jest tak w przypadku państw, że to poświęcenia pokoleń budują dobrobyt tych, którzy mogą się nim cieszyć. Ze zdrowiem jest o tyle podobnie, że inwestując w nie swoich zachowaniem, stylem życia, pracujemy na efekty długofalowe, których doświadczymy za wiele lat. Ta daleka perspektywa jest tak odległa, że łatwo ją zatracić na rzecz chwilowych przyjemności. A za tym wszystkim stoi nasze nastawienie, nasze priorytety, nasze podejście do życia, nasze poczucie sensu życia, nasze umiejętności radzenia sobie ze wszystkim co przynosi życie. Zbyt często w rzeczywistości „klikalności” mamy złudzenie, że pewne rzeczy się po prostu dzieją szybko, bez wysiłku, albo że coś się nie stanie. Jeśli palimy to myślimy, że akurat rak płuc nas nie spotka. Jeśli mamy otyłość, to liczymy na to, że jeszcze przyjdzie czas na redukcję masy ciała itd. itp. Jeśli mamy państwo, też myślimy że trwać będzie wiecznie i nie mamy wobec niego żadnych powinności tylko odwrotnie.

Zdrowie to jak polityka zagraniczna poważnych państw, dla których liczą się interesy. Nie ma w tym przypadkowości, niepotrzebnych słabości i sentymentów, tylko doświadczenie, wizja dalekosiężna i wizja krótkoterminowa, ciężka praca dyplomacji. Tak samo powinno być z naszym zdrowiem. I dla nas osobiście, i dla nas jako wspólnoty narodowej i państwowej, zachowanie zdrowia to kluczowa rzecz. To narzędzie w budowaniu dobrobytu osobistego i zbiorowego, a brak zdrowia wynikający z naszych zaniedbań nie może być usprawiedliwieniem dla oczekiwań nieskończonej pomocy ze strony innych.

Dieta to nie kara tylko strategia; aktywność fizyczna to nie niemożliwa do wykonania fanaberia, na którą brak czasu, tylko normalny odruch, który jest narzędziem do utrzymania swojego potencjału. Farmakoterapia wtedy kiedy jest potrzebna to nie „wymysły łapiduchów” tylko instrument utrzymania zdrowia. Niby to wszystko takie proste, takie oczywiste, a mimo to w skomplikowanym świecie pełnym napięć i konfliktów, wciąż brakuje nam postawienia właśnie takich jasnych priorytetów.

Oczywiście jedną z wymówek, w zasadzie najczęstszą jaką słyszę jest …. brak czasu, zmęczenie.

Panie kiedy ja będę ćwiczyć, jak ledwo żyję ze zmęczenia jak wracam do domu?

To oczywiście źle postawione pytanie i wracamy do sedna sprawy. Do tego, że i niepodległość i zdrowie to praca (a nie suplementy diety czy wszelkie inne czary-mary nie wymagającego od nas żadnego zaangażowania), która z czasem ma stać się odruchem. Czy jak bierzesz prysznic to myślisz „O kurcze, ile to wysiłku i niepotrzebnie straconego czasu”. Albo jak pracujesz nad czymś intensywnie to uważasz, że to stracony czas? Nasze zachowania i praca nad codziennym rytuałem sprawia, że aktywność fizyczna (nawet przysiady) staje się odruchem, którego nasze ciało zaczyna się domagać. Spacer staje się okazją do rozmowy lub posłuchania muzyki i „zresetowania” umysłu. Dieta nie jest zadaniem przerastającym możliwości i czasochłonnym poszukiwaniem produktów, ale tak oczywistym wyborem w sklepie, w domu i pracy, że innego nie sposób sobie wyobrazić. To wszystko jednak rozpoczyna się od świadomej decyzji, wyboru, naszego zaangażowania, pracy, konsekwencji. Nie trudno nie uśmiechnąć się pod nosem prawda? Jak będzie z naszym zdrowiem, jak będzie z naszą niepodległością? Tak wiele zależy od nas i od tego, na ile szybko pozbędziemy się złudzeń, że i jedno i drugie „same się po prostu dzieją”.


Nie ma w tym co piszę egzaltowanego patriotyzmu i chciałbym aby to tak zostało odebrane. Chodzi o naprawdę praktyczne podejście do własnego zdrowia i życia. Wartość zdrowia powinniśmy dostrzec w perspektywie indywidualnej (ile mogę zyskać/stracić ze względu na zaprzepaszczone zdrowie), ale i zbiorowej. Ile bowiem pieniędzy wydajemy na system ochrony zdrowia, gdzie jak twierdzą jedni wszystko jest za darmo, a inni narzekają na wielkość składek. Ile tracimy pieniędzy na niepotrzebne badania, niepotrzebne procedury, dlatego tylko, że np. pacjenci z cukrzycą nie przestrzegając diety, pacjenci po zawałach serca nadal palą papierosy, a ludzi wsiadają za kierownicę po alkoholu?

Przy okazji to jesteśmy sami sobie winni szczerą do bólu rozmowę o kształcie systemu ochrony zdrowia. Nie ma darmowej edukacji dla studentów kierunków medycznych! Nie ma bezpłatnych leków! Nie ma szpitali za darmo! Za to wszystko ktoś płaci i od nas zależy na ile zorganizujemy to możliwie efektywnie. Choć sam nie mam oczywiście prostej recepty, ani mocy politycznej sprawczości, to powiem tylko od czego bym zaczął. Mianowicie od wprowadzenia do państwowych szpitali prywatnych firm zarządzających, niezależnych od układów politycznych i lokalnych relacji, zabronienia na łączenie praktyki prywatnej z pracą w państwowym szpitalu, za wyjątkiem prowadzenia tej praktyki w szpitalu (tak, czas skończyć z udawaniem, że system ochrony zdrowia jest bezpłatny, nie udawajmy, że szanujemy konstytucję, i kosztami można dzielić się z miejscem pracy) i totalną, totalną reorganizacją pracy w szpitalach. O takie mam marzenia na Dzień Niepodległości a propos naszej niepodległości. A Wam co się marzy? Piszcie w komentarzach proszę.

Pokaż więcej powiązanych artykułów

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Sprawdź także

Triglicerydy – czy mamy je „leczyć”

Przyczynkiem do wpisu na ten temat jest jedna z wizyt z ostatniego tygodnia. Młody człowie…