Home COVID-19 Czasy korona-stresu. No i co w związku z tym?

Czasy korona-stresu. No i co w związku z tym?

Stres, stres, stres. Słowo odmieniane przez przypadki wielokrotnie w ostatnich latach, a ostatnio rozbudowane przez epitet „korona”. I tak mamy koronastres w koronaświecie itd. No dobrze, ale czy ten koronastres czymś się różni od stresu z jakim mieliśmy do czynienia wcześniej? Jak sobie z nim radzić i czy w ogóle to jest możliwe?

Czytelnicy Akademii Pacjenta mieli już kilkakrotnie okazję do zapoznanie się z informacjami na temat wpływu stresu na zdrowie, szczególnie w kontekście chorób układu krążenia. Oczywiście złożona rzeczywistość zdrowia i choroby powoduje, że nie mamy tutaj bardzo prostego modelu przyczynowo-skutkowego, w którym możemy pokazać w jakim stopniu, jakie nasilenie, jakiego stresu powoduje określony ubytek zdrowia. Bez wątpienia jednak sytuacje określane w psychologii jako sytuacje stresujące i to o szczególnej konstelacji, mianowicie trwające długo lub powtarzające się, niosące ze sobą duży zakres konsekwencji dla nas, w których nie mamy wiele możliwości ich modyfikowania, są szczególnie niebezpieczne dla zdrowia. Czyli w pracy np. sytuacja kiedy stajemy wobec bardzo wysokich oczekiwań, wymagań i mamy minimalne narzędzia aby im sprostać i to zarówno jeśli chodzi o własne kwalifikacje jak i nadane nam kompetencje. Np. badanie opublikowane w periodyku Neurology w 2015 roku pod redakcją Hyuanga wskazało, że wysoki poziom stresu w pracy, rozumiany jako konstelacja wysokich wymagań i niskiego poziomu kontroli sytuacji, wiąże się w większym ryzykiem udaru mózgu (to względne ryzyko wynosiło 1.22).

Ale przez chwilę zastanówmy się co to znaczy, że coś jest dla nas stresujące, czym jest stres. Psychologia przyglądając się temu zagadnieniu w przeszłości jak i obecnie skłania się ku odpowiedzi, że to zależy generalnie od relacji, interakcji jaka zachodzi między określonym bodźcem a człowiekiem i kondycją w jakiej znajduje się człowiek. Każdy z nas ma doświadczenia, z których dobrze wiemy, że te same sytuacje dla niektórych osób mają często odmienny charakter – dla jednych są dewastującym wręcz i psychicznie i fizycznie doświadczeniem, dla innych z kolei to przysłowiowa bułka z masłem. Wiemy też, że zdarzają się sytuacje kiedy znane nam osoby świetnie radzące sobie z różnymi sytuacjami, nagle zaczynają mieć problemy – przestają sobie radzić. To wszystko dzieje się właśnie dlatego, że stres, w zasadzie wynik oceny sytuacji i naszego zachowania w tej sytuacji, to wypadkowa właśnie złożonej, zachodzącej na wielu poziomach interakcji między bodźcem a nami. 

Przy czym z jednej strony bodźce mogą mieć charakter zewnętrzny (to np. zbliżający się egzamin czy wypadek samochodowy) albo wewnętrzny (i to zarówno fizyczny, czyli np. stan naszego zdrowia, ból, ale i psychiczny – np. nasze myśli, ciągłe zamartwianie się). Te bodźce można klasyfikować w różny sposób co zmienia kontekst sytuacji stresującej – czym innym jest bodziec jednorazowy (np. wypadek samochodowy), czym innym powtarzający się (trudne relacje w pracy), do którego można się przyzwyczaić lub finalnie nauczyć się z nim radzi; czym innym jest bodziec, który możemy modyfikować w różny sposób, radzić sobie z nim (do egzaminu możemy się nauczyć), czym innym taki, który wymyka się naszym możliwościom modyfikacji (charakteru osób, z którymi pracujemy nie zmienimy); czym innym jest bodziec krótkotrwały (wystąpienie przed dużą publicznością), czym innym bodziec długotrwały (toksyczny związek). Itd. Każdy bodziec rezonuje w nas – myślimy o tych bodźcach, mniej lub bardziej świadomie, i te myśli uruchamiają  określone reakcje fizjologiczne. To jest wpisane w fizjologiczne, ewolucyjnie uwarunkowane reakcje na otoczenie – nasze ciała „nauczone” są automatycznych reakcji walki lub ucieczki w zetknięciu z zagrażającymi bodźcami. Problem polega tylko na tym, że o ile reagujemy fizjologicznie jak nasi przodkowie na sytuacje zagrożenia, nasze ciała poddawane są przewlekłej  stymulacji fizjologicznej bowiem współczesne sytuacje trudne zagrażające, mają charakter przewlekły, często też symboliczny (to nie jest drapieżnik przed którym uciekniemy bądź zimno, przed którym schronimy się w jaskimi, ale złożone, napięte relacje społeczne). I tak uruchamiana kaskada strachu, bądź mobilizacji, uruchamiana przez różne emocje zostawia w nas swój ślad  fizjologiczny. Każdej bowiem emocji towarzyszy reakcja naszego ciała – niektórym w sytuacji stresującej pocą się ręce, innym szybciej boje serce. Takie reakcja to wynik naszego biologicznego przygotowania do radzenia sobie z sytuacjami trudnymi jak wspomniałem. O ile trwają one krótko albo nie wyczerpują naszej energii jest dobrze; jednak gdy czas trwania bodźca jest długi (bo np. jest taki obiektywnie, albo my po prostu nie umiemy sobie z nim poradzić) to te fizjologiczne konsekwencje mogą po prostu nas dosłownie wyczerpać – dlatego czujemy się zmęczeni, jeśli przez dłuższą chwilę funkcjonujemy w sytuacji stresu. Żeby uzmysłowić sobie ten fizjologiczny aspekt konsekwencji stresu i fizjologiczny potencjał do radzenia sobie ze stresem, sięgnijcie do swoich doświadczeń – dobrze wiecie jak inaczej będziemy reagować na podobne sytuacje chociażby w zależności od tego czy jesteśmy wyspani czy nie!

Tak na marginesie kilka dekad temu, w latach 60-tych minionego wieku, dwóch psychiatrów, Holmes i Rahe opracowali skalę bodźców stresowych, którym nadali wartość punktową. Osoba wypełniająca skalę zaznaczając sytuacje z jakimi zetknęła się w ciągu ostatnich dwóch lat i otrzymywała zsumowany wynik punktowy, który w oparciu o badanie Holmesa i Rahego przekładał się na ryzyko wystąpienia chorób w kolejnych dwóch latach (przy pewnej wartości punktowej prawie 100%). W latach 1960-tych kiedy mieliśmy do dyspozycji inne narzędzia diagnostyczne i terapeutyczne w medycynie i psychologii, kiedy psychologia chciała być w zakresie swojej diagnostyki podobna do medycyny takie postulaty i badania pojawiały się wielokrotnie, ale rzeczywistość zweryfikowała je potem negatywnie. Dlaczego?

Okazało się bowiem, że sam bodziec, w swej wielowymiarowej złożoności, wywołuje różny rezonans u różnych ludzi. A od czego to zależy? No właśnie – od szeregu czynników – od naszej osobowości, wiedzy i doświadczenia jakim dysponujemy, od wsparcia jakie mamy, od środowiska społeczno-ekonomicznego w jakim żyjemy itd. Te czynniki, które powodują, że różnie oceniamy daną sytuację i przez to różnie sobie z nią radzimy i tym samym jest ona dla nas stresująca, albo obojętna, są nazywane zasobami i podobnie jak bodźce stresujące są klasyfikowane wg różnych kryteriów.

Podsumowując – istotne jest to, że stres, sytuacja stresująca, to efekt interakcji między otoczeniem a nami w wielowymiarowej złożoności i bodźca, i nas samych. Dlatego też o ile można spróbować wskazać na pewne ogólne mechanizmy i statystyczne zależności na poziomie populacyjnym, o tyle w każdym konkretnym przypadku bardzo trudno jest pokazać w jakim stopniu dana sytuacja wpływa na nasze zdrowie. Tym bardziej również, że za każdym razem gdy znajdujemy się w sytuacji stresującej ma ona ze względu na swój charakter dla nas konsekwencje i fizjologiczne, i psychiczne i społeczne, które wcale nie muszą być tożsame, tzn albo tylko pozytywne, albo tylko negatywne – czasami ponosimy negatywne konsekwencje fizjologiczne, ale zyskujemy w obszarze psychicznym. 

To jakimi zasobami dysponujemy, czy potrafimy budować te zasoby, uczyć się sposobów radzenia sobie ze stresem, w jakiej jesteśmy kondycji psychofizycznej przekłada się na to, czy w konkretnej sytuacji poradzimy sobie z sytuacją – czy potraktujemy ją jako zadanie i skoncentrujemy się na jego rozwiązaniu, czy uciekniemy od tego zadania w sferę emocji i to na nich właśnie się skupimy pozostawiając rzeczywistość nierozwiązaną. 

Ok. Nie wyczerpałem tutaj na pewno złożoności problemu stresu psychologicznego i jego zdrowotnych następstw, ale mam nadzieję, że łatwiej zdajecie sobie Państwo sprawę jak bzdurne i czcze są zalecenia typu „Proszę unikać stresu” albo „Proszę się nie stresować”, bądź takie hasła jak „Co nas nie zabije to nas wzmocni”. Świat haseł jest piękny w czasach kampanii wyborczych i chwilowych uniesień emocji – codzienna rzeczywistość wymaga systematycznej, ciężkiej pracy.


Świat korona-stresu.

Z pewnością nie odkryję tutaj Ameryki – każdy z nas w swoim życiu zetknął się z sytuacjami stresującymi. Część z nich z upływem czasu zaczęła się powtarzać, a my dzięki umiejętnościom adaptacji, uczenia się, dzięki gromadzonej wiedzy, doświadczeniu, dzięki temu, że zmieniamy się , uczymy się samych siebie, itd. zaczynamy radzić sobie z nimi coraz lepiej. Czasem bywa tak, że coś, co jakiś czas temu było dla nas niewyobrażalnym stresem, staje się z upływem czasu po prostu zdaniem do wykonania i sami zaczynamy uśmiechać  się do swoich wspomnień na to, jak to w przeszłości mogliśmy postrzegać sytuację w kategoriach „mega” stresu.

Sytuacja epidemii koronawirusa w jakiej znaleźliśmy się obecnie jest jednak kategorią zdarzenia, o którym pisze się w kategorii „czarnego łabędzia” – czegoś niespotykanego w skali doświadczenia pokolenia. I jest wyjątkowa z kilku powodów. 

1. Podobnie jak wiele sytuacji stresujących jest nieprzewidywalna – pojawiła się nagle i dalej nie wiemy jak będzie przebiegać. Jest wiele niewiadomych co do skali zachorowań, ich nasilenia, leczenia, powikłań, szczepień, mutacji wirusa. Przyszłość jest niejasna i ta właśnie jej nieprzewidywalność jest wyzwaniem dla naszych sposobów radzenia sobie ze stresem – w kategoriach naszych doświadczeń i chęci opanowania świata dążymy do budowania świata przewidywalnego, w którym przyszłość jest uporządkowana, przewidywalna, albo daje się zaplanować w pewnym przybliżeniem. A tymczasem – przed nami niewiadoma. 

2. Konsekwencje tej sytuacji są wielowymiarowe. Począwszy od następstw dla naszego zdrowia (i nie chodzi tylko o osoby zakażone, ale także konsekwencje psychiczne i fizyczne związane z koniecznością izolacji), poprzez konsekwencje społeczne, polityczne, gospodarcze związane z podejmowanymi przez rządy działaniami. Wyłączona jest gospodarka, połowa planety w domach 0 świat, który znaliśmy z 2019 zmienił się jak w filmach science fiction.

3. O ile część sytuacji z jakimi stykaliśmy się do tej pory w życiu pozwoliła nam na poziomie indywidualnym i społecznym na wypracowanie pewnych mechanizmów radzenia sobie z nimi, to w świecie korona-stresu mogą one być nieadekwatne, nieskuteczne. W związku z tym musimy się w tej nowej sytuacji odnaleźć, uczyć i szukać skutecznych mechanizmów radzenia sobie z tą sytuacją. Zarówno na poziomie indywidualnym (jak radzić sobie z izolacją w domach, zagrożeniem bezrobociem itp.), na poziomie społecznym i gospodarczym (ekonomiści są w tej chwili nieźle spanikowani) i na poziomie globalnym (będziemy dalej się globalizować, czy jednak izolować?).

Złożony świat korona-czasów – słyszymy o liczbie zgonów, brakach w wyposażeniu szpitali, następstwach dla gospodarki, rosnącej liczbie ofiar domowej przemocy wśród dzieci, widmie bezrobocia, kurczącej się gospodarki, napięciach w relacjach politycznych, napięciach międzynarodowych itd. Dręczy nas izolacja, lęk o zdrowie bliskich, także to, że nasi bliscy martwią się o nas; to, że dotychczasowe możliwości wywentylowania napięcia i emocji nie funkcjonują, bo np. nie możemy spacerować, biegać, czy spędzać czasu po prostu na zewnątrz. O matko – można poczuć się osaczonym w tej sytuacji; zwłaszcza jeśli osoby znajdujące się w naszym otoczeniu nakręcają taki sposób myślenia i zarażają nas takim postrzeganiem świata. Możemy wpędzić się w korkociąg czarnej dziury, czarnowidztwa i myślenia, które będzie nas wpędzać jeszcze bardziej w katastroficzne postrzeganie świata.


Jest czas powiedzieć temu stop. Chciałbym mieć czarodziejską różdżkę, zamachać nią i zaczarować świat i Was. Mógłbym może pokusić się o hura-optymistyczny, motywacyjny tekst podnoszący Was na duchu opierający się na manipulacji Waszymi emocjami, percepcją i schematami poznawczymi. Ale nie chcę tego, ale i wiem, że jest czas powiedzieć tej samonapędzającej się spirali korona-stresu powiedzieć stop.

Każdy z Was jest inny i w innej sytuacji życiowej i nie sposób w kilku akapitach napisać czegoś co diametralnie odmieni Was i pomoże każdemu z osobna uporać się z czasami korona-stresu. Potraktujcie bardzo proszę zatem poniższe uwagi jako po prostu kolejne refleksje, które można poddać pod rozwagę. Chciałbym bowiem zwrócić Waszą uwagę na to co moim zdaniem jest ważne w zachowaniu zdrowia i skutecznym uniknięciu negatywnych następstw korona-stresu dla naszego zdrowia i psychicznego i fizycznego.

1. Po pierwsze – złe emocje. Temat koronawirusa oraz tego jak sobie radzą z nim państwa, społeczności, gospodarki to przedmiot chętnie eksploatowany na gruncie emocji. Pojawia się strach, złość; szereg złych emocji, które poza swoimi negatywnymi konsekwencjami fizjologicznymi, zaburzają racjonalny sposób myślenia. Emocje, które na codzień wykorzystywane są przez polityków czy sprzedawców jakichkolwiek towarów i usług, to narzędzie wpływu na nasze zachowania odbierające nam trzeźwe, chłodne spojrzenie na rzeczywistość. To narzędzie odbierające naszym zachowaniom element racjonalności, a nadający im instynktowny, często przez to egoistyczny i krótkowzroczny charakter. Te emocje są przydatne do sterowania ludźmi – instynktownie w sytuacji zagrożenia, strachu, szukamy kogoś, kto nam obieca bezpieczeństwo lub chociażby da iluzję bezpieczeństwa. W interesie polityków bywa nieustanne podgrzewanie złych emocji. Tymczasem duszenie się w złych emocjach wyczerpuje nas psychicznie, fizycznie, odbiera nadzieję i właśnie racjonalną ocenę rzeczywistości – przez nie zagłębiamy się w studni bez dna i w samonapędzającej się spirali rozpaczy.

Z drugiej strony oczywiście jeśli widzimy u siebie te złe emocje, widzimy następstwa stresu, nie bójmy się ich i nie traktujmy jako czegoś nadzwyczajnego. Sytuacja w jakiej się znaleźliśmy powoduje, że taka reakcja jest czymś naturalnym. Nasze zadanie polega w tej chwili na przejęciu kontroli nad tym, co pojawia się automatycznie. 

Unikajmy niepotrzebnych złych emocji; obserwowanie portali społecznościowych, ciągłe śledzenie doniesień medialnych i wpinanie się w dyskusję o tym jak system zawiódł jest pozbawione sensu – jesteśmy w tej sytuacji i koniec kropka. Choć przeżywanie tych emocji staje się dla wielu z nas naturalnym sposobem odreagowywania stresu, napięcie jakie pojawia się w związku z nimi przesłania nam racjonalne, chłodne myślenie jakiego potrzebujemy najbardziej w tym momencie. Te niepotrzebne emocje to także nasze wybuchy złości, które pojawiają się bo odreagowujemy napięcie; to zarażanie innych lękiem, frustracją i złymi emocjami. Złe, negatywne emocje potrafią zarażać nas i zarażać innych i roznoszą się szybciej chyba niż koronawirus po kichnięciu.

2. Po drugie – należy przywrócić miejsce i znaczenie racjonalnemu i naukowemu sposobowi myślenia. Uruchomienie emocji w świecie, w którym panuje złudzenie łatwego dostępu do informacji (czyli niekoniecznie do wiedzy) i tym samym stawia nas w roli ostatecznego arbitra dylematów we wszelkich dziedzinach, w świecie, w którym kwestionuje się autorytet nauki i promuje spiskowe teorie, skazuje nas na błądzenie. Nie chcę absolutyzować nauki, ale bez wątpienia to dzięki jej osiągnięciom zawdzięczamy chociażby ten poziom medycyny jaki mamy. Podkreślam – nie absolutyzuję nauki, bo jej osiągnięcia są niczym chociażby bez pewnego kodeksu etycznego. Ale bardzo proszę o wskazanie innego obszaru, który natychmiast da nam pewne, jasne, jednoznaczne odpowiedzi na to co i jak mamy robić w tej sytuacji. Nie możemy oddawać tutaj pola pseudonauce, szarlatanerii, domorosłym naukowcom czy krzewicielom spiskowych teorii. Pojawiają się prorocy, wieszcze, którzy już wiedzą, już wydają kategoryczne sądy i wiedzą wszystko najlepiej. Szkoda tylko, że nigdy nie słychać ich wcześniej i, że jakoś nie są gotowi do wzięcia odpowiedzialności za decyzje do których namawiają. Ucieczka przed racjonalnym myśleniem, podawanie pewnych decyzji i rozstrzygnięć pod plebiscyt i wpadanie w sidła złudzeń, wpędza nas w pułapki manipulacji i sprowadza na manowce.

3. Po trzecie – jako pacjenci, czy jako osoby zdrowe musimy po prostu w tej sytuacji na nowo się odnaleźć. Tu nie ma o czym dyskutować. Po prostu musimy (podkreślam słowo musimy – nie ma tu miejsca na zabawy słowem w kontekście psychologii poznawczej i terapii) w tej sytuacji zacząć pracować nad sobą, zmieniać się, radzić sobie ze stresem, skupić się na zadaniach i odpowiednio kierować naszymi emocjami. Świat się nie zmieni jak zamkniemy oczy albo jak zaczniemy krzyczeć, że to jest niesprawiedliwe. Wszyscy chcielibyśmy wiedzieć co i jak i kiedy, chcielibyśmy mieć jasną, pewną przyszłość (na marginesie do czegoś takiego przyzwyczajaliśmy się przez ostatnie lata). Tymczasem trzeba nauczyć się ponownie, że życie jednak jest nieprzewidywalne. Że mimo ogromnego postępu jaki dokonał się dzięki wysiłkowi poprzednich pokoleń nie potrafimy wszystkiego przewidzieć i kontrolować i nasza cywilizacja daje się zaskoczyć. I jak wspomniałem – możemy się żalić, narzekać, złościć, że nie jest tak jak byśmy chcieli, ale to nie zmieni obiektywnie naszej sytuacji. Napędzi tylko złe emocje, pogrąży nas we frustracji, zamgli chłodne, praktyczne spojrzenie na rzeczywistość, utopi w tyglu fizjologicznego kotła następstw przewlekłego stresu.  

Żeby jednak to wszystko zmienić potrzebujemy konsekwentnego działania. Zmian w sposobie postrzegania samych siebie, sytuacji, zmian naszych codziennych zachowań, nie dostaniemy na receptę, ani nawet w takich czy podobnych tekstach czy innych materiałach. Pewne informacje mogą być wskazówką, ale pracę musimy wykonać sami. 

4. Po czwarte. Uważam, że jednym ze sposobów odnalezienia się w tej sytuacji jest zrezygnowanie z tego do czego być może część z nas przyzwyczaiła się przez ostatnie lata – do ścisłego planowania tego co i kiedy zrobimy – powinniśmy dać sobie spory margines niepewności co do tego jak wyglądać będzie nasza praca, wakacje itd. w ciągu najbliższych m-cy. Ustalajmy sobie krótkoterminowe cele – np. koniec tygodnia, koniec miesiąca jako daty, kiedy będziemy podejmować kolejne decyzje i będziemy się zastanawiać. I w tzw. międzyczasie po prostu nie myślmy o tym. Część z nas powinna nauczyć się umiejętności odpuszczania, rezygnowania, akceptowania tego, że coś niekoniecznie idzie po naszej myśli. Kult hura-optymizmu i hura-psychologii jest równie szkodliwy co kult 100% wydajności zawsze i wszędzie. Życie to jednak mieszanka smutku i radości, sukcesów i porażek – i bez jednych i bez drugich, życie jest nieprawdziwe.

5. Nasze ciało w czasach trudnych, w czasach przewlekłego napięcia potrzebuje „wywentylowania” emocji i regeneracji. Nie możecie iść na spacer czy na siłownię, czy robić cokolwiek co robiliście wcześniej? No trudno – to macie do wyboru – albo nie robicie nic i gotujecie się dalej w tym sosie, albo próbujecie robić coś, co jest możliwe tu i teraz. I nie musi to być wyrafinowana joga – wystarczą proste ćwiczenia fizyczne, ćwiczenia oddechowe i pooglądanie czegoś, co wprowadzi Was w dobry nastrój. Wypracujcie przy tym schemat, porządek dnia, w który takie ćwiczenia wpiszą się. Jak pisałem o ewolucyjnych mechanizmach związanych z emocjami, tak też powinniśmy spojrzeć ewolucyjnie na nasze ciało, które jest przygotowane do aktywności fizycznej, a nie „wegetacji” w miejscu. Już sama aktywność fizyczna jest czynnikiem protekcyjnym przed zaburzeniami lękowymi i depresyjnymi i jak wiecie jest czynnikiem immunizującym nasz organizm przed chorobami. 

Nasze zdrowie w tym kontekście (regularnej aktywności fizycznej i odpowiedniej diety), to jak powtarzam zawsze na łamach naszego portalu – Wasza praca. Nie ma zdrowia bez pracy zatem – do roboty!


Zatem:

uciekajmy od złych emocji i nie dajmy się wplątać w medialne burze

zaufajmy nauce i prawdziwym autorytetom – naprawdę są ludzie, którzy lepiej wiedzą niż my po obejrzeniu filmu w internecie czy ci, którzy „godziny” poświęcili na tzw. „research” w sieci – potrzeba nam tak bardzo wzajemnego zaufania – pacjentów do lekarzy, klientów do mechaników samochodowych, społeczeństw do ich liderów – człowieka do człowieka

popracujmy nad sobą – stańmy otwarcie przed lustrem pytając się o to, czego nam brak w zakresie naszych zasobów – i nie ulegajmy złudzeniu, że opanujemy wszystkie zasoby – to jest obiektywnie niemożliwe, zatem stawiajmy sobie realne cele w tym zakresie 

oswójmy się z myślą, że świata ni naszego życia nie można do końca zaplanować – nie wiemy co nam się przytrafi jutro, ale postarajmy się to wykorzystać, nauczyć się czegoś albo po prostu tego czegoś doświadczyć – to część naszego życia, które jest takie a nie inne

myślmy mądrze o swoim zdrowiu – nasze zdrowie to nie przypadek – to efekt naszej pracy, której nikt za nas nie wykona. Tych zadań za nas nikt nie wykona.

Na koniec życząc nam wszystkim cierpliwości, spokoju, dystansu i szczęścia, jeden z wierszy, który tak mocno we mnie uderzył kiedyś, w czasach młodości.

Czesław Miłosz „Piosenka o końcu świata”

W dzień końca świata 

Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji, 

Rybak naprawia błyszczącą sieć. 

Skaczą w morzu wesołe delfiny, 

Młode wróble czepiają się rynny 

I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

W dzień końca świata 

Kobiety idą polem pod parasolkami, 

Pijak zasypia na brzegu trawnika, 

Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa 

I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa, 

Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa 

I noc gwiaździstą odmyka.

A którzy czekali błyskawic i gromów, 

Są zawiedzeni. 

A którzy czekali znaków i archanielskich trąb, 

Nie wierzą, że staje się już. 

Dopóki słońce i księżyc są w górze, 

Dopóki trzmiel nawiedza różę, 

Dopóki dzieci różowe się rodzą, 

Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem, 

Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie, 

Powiada przewiązując pomidory: 

Innego końca świata nie będzie, 

Innego końca świata nie będzie.

Pokaż więcej powiązanych artykułów

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Sprawdź także

Śmiertelność z przyczyn sercowo-naczyniowych jest nadal wyższa niż z powodu COVID

Prof. dr hab. n. med. Przemysław Mitkowski do pacjentów ze wszczepionymi urządzeniami, zwł…